Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/260

Ta strona została uwierzytelniona.

Nareszcie. Jej palce natrafiły na wypukłość. O, jak znakomicie jest ta skrytka zamaskowana. Rozległ się suchy trzask i od kolumienki odskoczyła deseczka, ukazując wąski i długi otwór. W rzeczy samej, znajdował się tam spory zwitek papierów.
Wyciągnęła go prędko, drżąc z niepokoju.
— A jeśli...
Jeśli te papiery są zdewaluowane, bezwartościowe? Jeśli Orzelski umyślnie spłatał jej figla, każąc szukać paczki makulatury?
Zerknęła nań podejrzliwie, ale on mruknął spokojnie:
— Licz... licz... Sto kilkadziesiąt tysięcy!
Rozwiązawszy sznurek, któremi były obwinięte, przerzuciła prędko wartościowe papiery i odetchnęła z ulgą.
Istotnie znajdowały się w paczce najlepsze obligi, cenne akcje, a powierzchowny rzut oka przekonał ją, że wartość ich odpowiada sumie, wymienionej pzez Orzelskiego.
— Dobrze! — mruknęła — Nie skłamałeś! Ale też i schowanko!...
Porwała ją teraz złość przeciw temu przeklętemu idjocie, który przewyższał ją w chytrości i tyle czasu trzymał pod jej nosem, ten skarb tak znakomicie schowany, podczas, gdy ona musiała nad zdobywaniem pieniędzy łamać sobie głowę. Rzuciła mu nienawistnie spojrzenie. Lecz, nie było czasu do stracenia.
Pochwyciwszy paczkę, wybiegła do sypialni i tam schowała ją do ręcznej torebki. Później otworzyła szufladę biureczka i w pośpiechu wrzuciła do

258