Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/285

Ta strona została uwierzytelniona.

puszczał, że skoro przestanie jej być potrzebny, ona jego pierwszego strąci do lochów. Iwan, nie znając mnie wcale, ocalił mi życie! Lecz, nie pora teraz na powtarzanie szczegółów. Ruszajmy do decydującej walki! Słyszałam głosy w gabinecie...
— Jakże możemy tam się dostać, kiedy Orzelska zamknęła drzwi, wiodące do pokojów!
— Jest na to sposób — wesoło odrzekła panienka — Iwan, na wszelki wypadek, zbudował drugie przejście! Przez salę jadalną! Zaraz ci je pokażę! Ale nie traćmy czasu!
Pociągnęła go za rękę do wewnątrz szafy. Z tamtąd na platformę maleńkiego korytarzyka. Gdy zaś znaleźli się w mroku i mieli już wejść do jadalni, mocno przytuliła się do Szareckiego.
— Zapomniałam ci podziękować, Bobie — szepnęła — żeś jednak nieproszony przybiegł na mój ratunek! Widocznie, zależy ci na mnie trochę!
— Zosieńko! Wątpisz jeszcze! Toć życie poświęciłbym, byle cię wyrwać z rąk tej przeklętej Tamary...
Spojrzała nań nieco ironicznie.
— Tak mnie kochasz? A nie znasz wcale...
— Ja cię nie znam!
— Nie znasz! I obawiam się, że za chwilę dowiesz się o mojej osobie czegoś, co mocno ostudzi twój zapał...
— Znów żartujesz...
— Wnet, sam się przekonasz.


283