Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/291

Ta strona została uwierzytelniona.

o obecności Tamary i o awanturniku, stojącym na progu, nieśmiało wymówił.
— Po tylu latach!... Kiedy myślałem, żeś dawno umarła? Czemu nie wcześniej... Pocóż teraz się zjawiasz?
Twarz kobiety rozjaśniła się i osiadł na niej wyraz dzikiego triumfu. Był to wyraz nieprzyjemny, napełniający grozą, jak u kogoś kto po długim czasie pragnie nasycić swą zemstą i otrzymać zadośćuczynienie za ciężkie, ongi doznane krzywdy.
— Teraz dopiero nadeszła pora! — z jej piersi wyrwał się złowrogi okrzyk. — Teraz! Każda wina musi ponieść swą karę, a ta kara jest cięższa, im później przybywa...
— Na mnie? Na mnie chcesz się mścić? — wymówił boleśnie. — A czy ty wiesz, co ja przecierpiałem! Jakiem piekłem na ziemi było moje życie?
— Wiem! — odparła poważnie, a w jej głosie poraz pierwszy drgnęła jakby odrobinka litości. — Wiem! Lecz czem są twoje cierpienia, w porównaniu z potwornością twej zbrodni! Zbrodni, której dokonałeś z tą przeklętą wspólniczką — znów jej wzrok zmierzył Tamarę — na mojej osobie... Za co? Za moją miłość i przywiązanie, które ci dałam...
— Ileż razy wyrzucałem to sobie, Marjo!... Jakżesz straszliwie mnie dręczyło sumienie...
Ona tymczasem, uniesiona dawnemi wspomnieniami, we wzruszeniu mówiła dalej.
— Czyż była kobieta, któraby cię więcej kochała odemnie? Czyż nie uczyniłabym dla ciebie największych poświęceń? A jaka byłam przywiązana do Zosieńki. I tyś mi przysięgał miłość, twierdziłeś, że

289