Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/51

Ta strona została uwierzytelniona.

— Cóż się stało? — zapytał zdziwiony Krzesz. — Pani hrabina?...
Kozak, nie patrząc na Krzesza, nagle wyrzucił z siebie:
— Przestałby pan do nas chodzić!
— Czemuż mam przestać tu bywać? — powtórzył, nic nie rozumiejąc. — Czy to, pani hrabina, kazała wam powtórzyć?
Kozak skrzywił się dziwnie.
— Nie, nie pani hrabina! Ja sam od siebie...
— Proszę mówić wyraźniej...
Iwan patrzył kędyś w dal, a jego potężna sylwetka zarysowywała się ponuro na ciemnym tle drzew.
— Niech pan rozumie, jak chce! Nie jest małe dziecko! Nie na dobre — zaciął z małorosyjska — panu wyjdzie ta znajomość...
— Ależ...
Chciał jeszcze o coś zapytać malarz, lecz w tejże chwili ktoś poruszył furtką u sztachet i ukazała się tam postać listonosza.
— Telegram do hrabiny Orzelskiej!
Iwan odwrócił się od malarza plecami, niby zapomniawszy o jego obecności i skierował się do pałacyku, dając listonoszowi znak, aby udał się w ślad za nim.
Krzesz pokiwał głową — i podążył do miasta, postanawiając jutro o wszystkiem powiadomić kochankę.
— Telegram do pani hrabiny! — mówił tymczasem kozak, doręczając Orzelskiej depeszę i unikając jej wzroku.

45