Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Niebezpieczna kochanka.djvu/72

Ta strona została uwierzytelniona.

pialni. Wybiła już jedenasta i martwa cisza zaległa w pałacyku.
Dziwna była ta sypialnia hrabiny. Pełna skór dzikich zwierząt, porozwieszanych po ścianach, puszystych smyrneńskich dywanów, zaściełających podłogę, niskich tureckich otoman. Panowała tam atmosfera Wschodu, nacechowana zmysłowością i wyuzdaniem, a wielkie łoże pod baldachimem, umieszczone w głębi pokoju, a tonące śród powodzi falban i koronek potęgowało jeszcze to wrażenie. Mdłe, różowe światło wysoko pod sufitem wiszącej ampli ledwie rozpraszało mroki dużego pokoju.
Przed wielką gotowalnią, pokrytą nieskończoną ilością flakonów, flakoników i puzderek, zajmowała miejsce Orzelska, ubrana tylko w cieniutki, jedwabny, złotego koloru peniuar, obramowany tygrysiem futrem, a wielkie zwierciadło, znajdujące się na tualecie, odbijało na pół obnażone kształty i twarz pięknej kobiety. Dziwny, zaiste był ten obraz i dziwna panowała harmonja pomiędzy strojem, a wyrazem twarzy hrabiny. Bo na obliczu Orzelskiej rysował się wyraz takiego samego okrucieństwa, jak okrutnym musiał być drapieżnik, którego futro obecnie zdobiło jej szatę.
Wrzał w jej duszy, w rzeczy samej potężny gniew, tem silniejszy, że nie miała go na kim wyładować, usta szeptały z pasją... Iwan...
Raz na zawsze należało skończyć z tym drabem, który korzystając z tego, iż ongi, chcąc go bardziej przywiązać do siebie, pozwoliła mu na pewne poufałości, teraz swą bezczelną zazdrość posuwał do ostatecznych granic. Ostrzegał malarza! Niesłycha-

66