Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ofiary półświatka.djvu/101

Ta strona została uwierzytelniona.

— Wiem, co mówię! — gadał, podniecony, rad, że może na kogoś wylać swój gniew, choć wyczuwał, że postępuje niesprawiedliwie. — Wiem! Wszystko wydaje mi się bardzo podejrzane...
— Przysięgam, nie mam pojęcia, w jaki sposób Fred się tu znalazł!
— Opowiadanie!
— To.. przechodzi... wszelkie granice! Bez przyczyny znęcasz się na demną...
Wybuchnęła głośnym płaczem. Przez te idjotyczne wtargnięcie Freda, przez tę karczemną awanturę, zostaną rozbite najświetniejsze nadzieje?.. Jeszcze próbowała udobruchać Horwitza:
— Posłuchaj...
Lecz dyrektor zmarszczywszy się, niczem zły buldog, machnął tylko z pasją ręką, przecinając tym ruchem próbę do zgody i nakładając kapelusz, burknął:
— Idziemy! Nie pozostanę dłużej w tej mordowni. A nuż znów z kąta zbir wyskoczy? A ty, jeśli chcesz, pozostań!
— Ja mam pozostać? Nadal mi nie wierzysz? Chyba zamierzasz zerwać ze mną?
Herwitz nie odpowiedział ani słówka, tylko skierował się do wyjścia. W ślad za nim, cicho szlochając podążyła Lenka.
A gdy znaleźli się na ulicy, usadowił ją w najbliższej taksówce i odszedł, lekko jeno uchyliwszy, na pożegnanie, kapelusza.

Zdawałoby się, że na tem się zakończą wypadki