Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ofiary półświatka.djvu/148

Ta strona została uwierzytelniona.

ma, w nocy, pętała się po moście. Dlaczego? Nie wiem. Chyba pokłóciła się z matką... Nic nie chciała powiedzieć... A przeziębiła się też, bo ją trzyma gorączka... Cóż, jeśli to córka starej, to puścić wolno dziewczynę wypadnie? Doradź, Mańka?
Akcenty żalu drgały w jej głosie, że ze względów wyższej polityki, czy też fachowej solidarności, z łap się wymyka ofiara. Miała wygląd kota, któremu zamierzają siłą odebrać złapaną mysz.
Mańka w lot pojęła sytuację. Toć, przecież wczoraj, była obecna przy całej scenie, która się rozegrała w mieszkaniu Helmanowej. Widocznie, córka właścicielki „Helwiry“, zrozpaczona „zdradą“ Freda, uciekła od matki i błąkając się, na pół przytomna po mieście, wpadła w szpony Jengutowej. Doradzić, by wypuszczono ją ze spelunki? Nie, to krzyżowało stanowczo plany Mańki. Po chwili namysłu, wyrzekła.
— Puścić ją od was? Niebezpieczne! Na wolności zacznie sypać, a Helmanowa się zemści... Możecie leżeć!
— No, to co z nią zrobim? — podrapała się po nosie Jegutowa.
— Co zrobić? — powtórzyła. — To samo, co i z innemi. Tyle naszych dziewczyn wykierowała Helmanowa... — brudne określenie wyrwało się z ust dziewczyny. — Niech z jej dzieckiem to samo będzie!