Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ofiary półświatka.djvu/189

Ta strona została uwierzytelniona.

gi. — Toć ona cierpi przezemnie... Biedna... Dokąd ją wiodą?...
Lecz narkotyk działał nadal, tłumiąc żywsze odczucia. Tembardziej, że po wyprowadzeniu Juli w złodziejskiej spelunce zapanowała grobowa cisza. Nie słychać było ani poruszeń, ani rozmowy. Czyżby wyszli? Nie.... To tylko tak wydało się Hance... Bo skądciś nagle dobiegło chrapanie... Zasnęli, pewnie zbierając siły do nocnej wyprawy.
Później słyszała jeszcze, jak znowu ktoś zastukał do mieszkanka. Był to niby sygnał ogólnego poruszenia i Lutek pośpiesznie drzwi otworzył.
Zabrzmiał w pokoju świeży kobiecy, przyciszony głos — i wydawało się Gliniewskiej, że po głosie rozpoznaje tę znienawidzoną dziewczynę Maryśkę...
Krótkie, prędkie krzątanie się po mieszkanku, a potem odgłos zamykanych drzwi. To apasz z ulicznicą, razem, wyszli na miasto.
Na Hankę nikt nie zwracał obecnie uwagi. Jakby zapomniano o niej. I słusznie. Bo, raptem oczy same się skleiły i znów zapadła w głęboki sen.
Jak długo twał ten sen, tego później nawet Hanka nie mogła określić. Może godzinę, a może i parę godzin. Niezwykle musiał on być mocny, bo nie słyszała ani ruchu, jaki od dłuższego czasu powstał w mieszkanku, ani ożywionej rozmowy, przeplatanej głośnemi wykrzyknikami.
Zbudziła się nagle, rzekłbyś pchnięta przez jakąś siłę, która oznajmiła, że moment niebezpieczeństwa jest blizki, a obraz, który przedstawił się jej oczom posiadał, zaiste niesamowity charakter. Przy lampie pośrodku pokoju siedziały trzy znajome posta-