Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ofiary półświatka.djvu/51

Ta strona została uwierzytelniona.

— Już Wspólna... Wysiadam... — wyrzekł i uścisnąwszy dłoń Freda, wyskoczył z wozu. Wkrótce i Korski poszedł za tym przykładem.
Koszykowa...
Skręcił od przystanku na lewo i powoli mijał kamienice. Do ósmej brakuje pięć minut. Więcej, niż punktualnie się stawi.
Już dom, w którym zamieszkuje Helmanowa. Nagle drgnął i sam nie wiedząc czemu, na chwilę przystanął.
Ogarnęło go dziwne uczucie. Uczucie niezrozumiałego zdenerwowania i niepokoju, jakiego doznaje człowiek, podświadomie obawiający się niebezpieczeństwa, choć dociec nie może, skąd niebezpieczeństwo mu grozi.
— Czyżbym się lękał? — mruknął.
Raz jeszcze przebiegł w głowie wszystkie możliwości, nastręczające się w czasie wizyty u Helmanowej. Najwyżej ta wybuchnie i nagada głupstw, a wtedy on odejdzie. Cóż pozatem za przykrość może go spotkać?
— Doprawdy, śmieszne!...
Nie zastanawiając się dłużej, — wbiegł na schody i zadzwonił. Natychmiast prawie rozwarły się drzwi i Fred ujrzał przed sobą ową modystkę, czy też subretkę, która tak niegrzecznie potraktowała go za pierwszym razem. Lecz dziś uśmiechnęła się mile i widocznie, zgóry uprzedzona, o przybyciu Freda, usunęła się z przejścia, uprzejmym gestem zapraszając do wewnątrz.
— Pan Korski? Bardzo proszę...