Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ofiary półświatka.djvu/75

Ta strona została uwierzytelniona.

— Jeszcze chwilę będzie zajęta... Wysłała mnie, abym ci dotrzymała towarzystwa...
— Niestety...
— Cóż, niestety?
— Mimo, iż stracę z tobą miłą pogawędkę, nie pozostanę!
Drgnęła.
— Czemu?...
Fred już nie panował nad sobą, a ten moment uniesienia miał go bardzo drogo kosztować.
— Bo uważam za bezczelność — wybuchnął — ściągnąć mnie do „Helwiry“ pod pozorem wyimaginowanych ważnych spraw, przetrzymać z górą godzinę, a później, jakby na urągowisko, nadsyłać „powabne“ towarzyszki... Zechciej to jej powtórzyć... A może otrzymałaś rozkaz zalecania się do mnie?
— Głupstwa pleciesz! — zaprzeczyła, podczas gdy jej oczy poczęły się iskrzyć gniewem. — Nikt mi nie rozkazywał zalecać się do ciebie! Wprost powiedziano mi, posiedź z nim, żeby się nie nudził! Nie wiedziałam, że taką ci przykrość sprawi moja obecność.
— Nie o to chodzi!...
— Jakto, nie o to chodzi? — prawiła z coraz większem podnieceniem. — Przyznaj się, że taki z ciebie moralista, iż domyśliwszy się jakim jest mój „zawód“, chwili wraz ze mną, nie chcesz pozostać dłużej w pokoju? Że czujesz do mnie wstręt, ledwie ukrywasz pogardę?
— Ach, nie... Maryśko! Innym razem... poga-