Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ofiary półświatka.djvu/89

Ta strona została uwierzytelniona.

— Co? — Fred ze zdumienia aż się zachwiał.
— Tak, pańska siostra! W towarzystwie pewnego starszego pana... Nie sądzę, by jej małżonek, pan Okoński, był zachwycony, gdyby ją obecnie ujrzał... Pan również... Zresztą, wnosząc z pańskiego postępowania, może to nie uczyni na nim wielkiego wyrażenia. Ale Hanka, którą zmuszona byłam powiadomić o „wybrykach“ pani Okońskiej, zdążyła sobie już wyrobić należyte zdanie o całej waszej rodzinie. Dalsze wykręty na nic się nie zdadzą!
Choć Fred jeszcze nie wiele zrozumiał z tej przydługiej przemowy, jedno utkwiło w jego świadomości. W mieszkaniu Helmanowej miała znajdować się Lenka? Cnotliwa, nieskazitelna Lenka! W towarzystwie podtatusiałego jegomościa? Nie do wiary! Lecz, jeśli się tu znalazła — to napewno dzięki nowemu podstępowi Helmanowej która nie poprzestając na rzekomem skompromitowaniu Freda, chciała na dobitek, w ohydne błoto wciągnąć i siostrę. W uczciwość Lenki nie wątpił na chwilę. Głęboko oburzony a przekonany, że siostrę za wszelką cenę należy wydobyć z matni, zawołał:
— Och, nie uda się pani ta sztuczka!... Uczyniwszy ze mnie obwiesia, pragnie pani przedstawić siostrę, jako kurtyzanę! Za poważne kawały! Pani tego grubo pożałuje i grubo zato odpowie!
— Hm! hm... — mruknęła. — Odpowiem? Proszę spojrzeć!
Zanim Korski zdążył zorjentowac się w sytuacji, — już stała przy drzwiach jadalni, roztwierając je na rozścierz, szeroko.