Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Rycerze mroku.djvu/48

Ta strona została uwierzytelniona.

— Nie zawracaj głowy! — krótko przerwał te wywody Balas, — zależnie od humoru tytułując go „dyrechtorem“, lub tykając poprostu — masz pójść, bo potrzebny mi jesteś...
— Jestem potrzebny?
— No tak! Tylko nie żaden jenteres... Chciałbym se pograć, a gliniak czasem bez powodu się czepi...
Welskiego uspokoiło to wyjaśnienie. Zrozumiał, że gospodarz przybrał go pięknie i ciągnął z sobą na wyścigi, aby pod jego osłoną, oddać się bezpiecznie totalizatorowej namiętności. Zdarzało się bowiem nieraz, iż ajenci śledczy, znający z widzenia przestępców, usuwali ich z wyścigowego toru, nie zważając na protesty, gwoli zabezpieczenia publiczności od „cwaniackich“ zakusów. Balas wprost chciał „se pograć“ — graczem był bowiem zapamiętałym, jak wszyscy zresztą jego koledzy — a szykowny, o wzbudzającym zaufanie wyglądzie Welski, miał mu służyć za ochronną tarczę.
Trudno w podobnych warunkach było się opierać, opór taki doprowadzić mógł do poważnej kłótni z Balasem. Rad nie rad, musiał zgodzić się na zamierzoną wycieczkę.

Istotnie wyglądali godnie, gdy tak weszli przez wyścigową bramę — gruby, czerwony i wyelegantowany Balas i smukły Welski, w szarym garniturze i amerykańskich okularach. Wymógł te okulary na towarzyszu i zakupił je po drodze, sądząc,

42