Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/138

Ta strona została uwierzytelniona.

dzie lecą... Zechcesz starego łajdaka dobić, wywiąże się walka.
— Nie boję się walki...
Mimo jednak tej przechwałki mężczyzna obejrzał się poza siebie. Nie było czasu do stracenia. Kilkadziesiąt tylko kroków dzieliło samochód od grupki biegnących ludzi — stróży nocnych, rozbudzonych formali, z Fredem na czele. O ile przedtem nie byli pewni dokąd się skierować, straciwszy pana Karola z oczu, obecnie spieszyli prosto w kierunku auta, zwabieni warkotem motoru.
— Tam... tam... — rozbrzmiewały okrzyki.
Mężczyzna z całej siły raz jeszcze zdzielił po głowie leżącego, poczem błyskawicznie wskoczył do auta, obok siedzącej przy kierownicy kobiety.
— Albom mu dogodził, albo się wyliże! — mruknął cynicznie. — W każdym, razie czart i tak kiedyś złapie jego duszę! A teraz jedź, bo za chwilę może być gorąco, choć wiem, co zrobić, żeby ich trochę zatrzymać... A ty, dawaj gazu... Wyciągnąwszy nagłym ruchem browning, palnął w kierunku pogoni parę wystrzałów. A gdy nadbiegający, nieprzygotowani na podobne przyjęcie, zatrzymali się w niepewności — auto raptem zapaliło reflektory i nie zważając na wyboje jęło, pchane potężnym motorem, sunąć od lasu przez pole do szosy.

Rychło bez przeszkód znalazło się na szosie a tam rozwinąwszy wielką szybkość, pomknęło niczem strzała, niknąć powoli w szarym świcie poranka, aż

132