Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/148

Ta strona została uwierzytelniona.

— Cecha charakterystyczna? Hm... Nic sobie nie przypominam, ponadto, co powtórzyłem. Napad nastąpił niezwykle szybko, a wokół panowały ciemności.
— Powiedział, szanowny pan — indagował dalej Den — że nieznajomy stał w pobliżu auta... Czy wewnątrz samochodu nikogo pan nie spostrzegł?
— Nie miałem czasu!
Tu nagle wtrącił się Fred.
— Siedziała tam jakaś kobieta! — zawołał gwałtownie. — Widziałem ją najwyraźniej... Podczas, gdy tamten bandyta nachylał się nad stryjem i bił go, ona puściła w ruch motor samochodu... Potem kierowała z niezwykłą zręcznością Packard’em — doskonale rozpoznałem markę — a on zatrzymał naszą pogoń strzałami...
— Iście amerykański napad, niczem w Chicago — syknął detektyw. — Packard... strzały... kobieta kieruje samochodem... Ale... jeszcze.. Fred widział, jak zbój nachylał się nad panem... Czy przetrząsał kieszenie?
Stryj Karol, choć poturbowany mocno, zerwał się na swem posłaniu.
— Mój portfel? — zapytał z przestrachem. — Znaleźliście mój portfel?
Fred zaprzeczył:

— Nie, stryju! Jeśliś portfel miał przy sobie, musiano ci zabrać... Przetrząsnąłem kieszenie twego ubrania, gdyż sam odniosłem wrażenie zdaleka, że napastnik cię odszukiwał... Lecz tam go niema... Również nie został zgubiony na polu walki, bo przetrząsnęliśmy niemal każdą trawkę starannie...

142