Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/157

Ta strona została uwierzytelniona.

Den zdradzieckiem zapytaniem postanowił panią Kińską wywieść z równowagi. Korzystając tedy, że jadalnię właśnie opuściła tęga, wiejska Maryśka, ustawiwszy na stole półmisek z suto nadziewanemi kurczętami i wielką salaterkę sałaty — i nie udobruchany nawet widokiem tych smakołyków, ani poprzednim znakomitym chłodnikiem, jął niby to snuć refleksje:
— Właściwie ustalić mogę konkretnie tylko rysopis jednego włamywacza... Wysokiego, pięćdziesięcioletniego, rudobrodego mężczyzny... Bo o drugim, tajemniczym automobiliście pan Karol daje niestety, dzięki przerażeniu, jakie go wówczas ogarnęło, dość mętne wskazówki.. Ale miedzianobrody jegomość wystarczy i sądzę, że rychło ptaszka znajdę... Tembardziej, że raz już miałem przyjemność się z nim zetknąć.
— Ty, z nim? — wykrzyknął Fred ze zdumieniem, podczas gdy pani Kińska siedziała nadal nieruchomo. — Gdzie?
— Tu, w Lityczach...
— W Lityczach?
— Tak... Nawet wam opowiadałem wtedy o tem, aleście nie zwrócili, widocznie, na moją opowieść uwagi... W wieczór mojego wyjazdu do Warszawy spotkałem tego pana, gdym bez celu spacerował po lesie i wydał się niezbyt z tego spotkania zadowolony. Zapytałem nawet, powróciwszy tutaj, naszą miłą gospodynię...
— Ach, coś sobie przypominam! — wyrzekła Kińska — podnosząc obojętnie wzrok na detektywa.

— Że też mi wcześniej nie przyszło do głowy! — uderzył się w czoło Fred.

151