Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/203

Ta strona została uwierzytelniona.

rzekłbyś, ciągnął się bez końca i wciąż wyrastał przed nim nowy zakręt.
Dopiero, po dłuższym upływie czasu, poczuł prąd świeżego powietrza i ujrzał migocące gwiazdy... — Jeszcze chwila — i dotarł do wyjścia...
Wyjrzał ostrożnie, stwierdzając ze zdumieniem, że potajemna droga kończy się śród kupy kamieni w lesie. Szybko jął obliczać. Więc jest u t. zw. „kopca”.
Znał dobrze ten „kopiec”, nieraz pokazywał mu go Fred. Odległy może o dwa kilometry od pałacu, znajdował się śród boru i pochodził z czasów „najazdów tatarskich” i jako pamiątka szczęśliwie z tatarami stoczonej potyczki, tam miał zostać wzniesiony. Składał się on z wysokiej kupy obmurowanych kamieni, częściowo porosłych mchem i trawą, z umieszczonym na górze drewnianym krzyżem. Któż kiedy przypuściłby, że usuwając część cegieł, nie obrośniętych mchem, a wyglądających na zwykłe rumowisko, natrafiało się na długie podziemne przejście, prowadzące wprost do djabelskiej komnaty? Sam zaś korytarz został, zapewne, ongiś wybudowany, aby dać możność ucieczki mieszkańcom zamku w razie nieoczekiwanego napadu, a później odnowiony z zachowaniem jaknajwiększej tajemnicy.
Gdzież się jednak podział napastnik?
Den nader ostrożnie wychylił głowę z otworu, sądząc, iż zaczajony za kupą kamieni, powita go kulką.

Ale kiedy rozejrzał się uważniej — spostrzegł zdala na tle drzew oddalającą się sylwetkę — i pojął wszystko.

197