Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/208

Ta strona została uwierzytelniona.

zoncie już bladły gwiazdy. Wreszcie podszedł i lekko ją dotknął za ramię.
— Panno Lolu...
Powstała z klęczek, a na jej twarzy odbił się wyraz mocnego postanowienia.
— Chce pan mnie zatrzymać, — oświadczyła spokojnie. — Proszę... Nie zamierzam stawiać oporu... Gdy Stach nie żyje, reszta mnie mało obchodzi...
Detektyw potrząsnął głową.
— Właśnie zamierzam obdarzyć panią wolnością!
— Wolnością?
— Bynajmniej nie dla tego, że ongi raczyła pani zadrwić sobie ze mnie w restauracji, udzielając fałszywych wskazówek... I bynajmniej nie dlatego, abym się nad panią litował.
— Więc? — Oczy dziewczyny rozszerzały się coraz większem zdziwieniem.
— Chcę uniknąć skandalu — twardo uderzył w nią wzrokiem. — Prócz Stacha, a właściwie Stanisława Zielińskiego, słynnego bandyty, włamywacza i mordercy Kirsta, którego od paru lat bezskutecznie poszukuje policja, oraz pani, w tę sprawę zamieszani są i inni...
Skinęła głową, poczynając rozumieć, o co detektywowi chodzi.

— Nie pragnę — tłomaczył dalej — aby padł cień na rodzinę Podbereskich... Odjedzie więc pani spokojnie, a nawet uprzedzi swą przyjaciółkę, która w pobliżu pewnie gdzieś się ukrywa, bo wiem, że obie pomagałyście Zielińskiemu... Nie zamelduję chwilowo o waszej obecności policji i wasze szczęście, jeśli was nie po-

202