Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/52

Ta strona została uwierzytelniona.

kilku lampek znakomitego węgrzyna. Bo Fred dotrzymał obietnicy. Chcąc ożywić swych gości i dodać im przed przykrym seansem odwagi, wyciągnął ze starych zapasów, co miał najlepszego, a zaczerwienione nieco twarze biesiadników i dobry ich humor świadczyły, że nie pogardzili przednim trunkiem.
— Czemu pan Den zamilkł? — zawołała panna Wanda, nawiązując do ostatnich słów pani Kińskiej. — Pani się jeszcze zastanawia, pani Mary? Układa plan strategicznej walki z duchem!
— Ach, tak..
Zabrzmiał śmiech. Była to pierwsza aluzja do oczekującego ich niebezpiecznego doświadczenia, lecz aluzja tak lekka, że w żadnym wypadku nie mogła budzić grozy.
— Plan strategiczny? — podchwyciła pani Kińska. — Świetnie! Zresztą, gdy jest pan Den, nie będę się wcale bała...
— Doprawdy, poczynam być dumny! — mruknął.
— Cudów dokazuje nasz polski Sherlock Holmes! znów wesoła uwaga wybiegła z ust panny Wandeczki. — Pani Mary taki tchórz, że nie chciała dotychczas nas odwiedzać, dowiedziawszy się o naszym nieproszonym lokatorze, nagle oświadcza, iż nie czuje lęku, ze względu na obecność pana Dena. Brawo!

— Rzeczywiście, niezbyt dotychczas pożądałam znajomości z widmami... Kiedyś w Warszawie namówiono mnie do uczestniczenia w seansie, ale tam na szczęście, nie ukazał się żaden duch. Tak, pani Wandeczko... Jestem trochę tchórzem, postaram się jednak

46