Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/76

Ta strona została uwierzytelniona.

myśleniu powiódł wzrokiem za oddalającą się wysoką barczystą postacią, w szarej myśliwskiej kurcie, która powoli ginęła śród drzew.
— Dziwne...
Drwił z niego, czy też był to zwykły zbieg okoliczności. Czemu tak uporczywie podkreślał wyraz „detektyw”. Czemu udzielał tak ogólnikowych odpowiedzi?... Chociaż... A ten wzrok! Przysiągłby Den, że oczy nieznajomego, kiedy patrzył nań z tyłu, iskrzyły się nienawiścią! Z jakiej przyczyny?... Och, sprawia on odpychające wrażenie, a ta ruda broda... Miedziana... Przypominająca nieco odcieniem kolor włosów pani Kińskiej.
Gdy nieco później znalazł się detektyw z powrotem w Lityczach, zastał panie wraz z Fredem na ganku. Siedzieli za stołem, popijając wieczorną herbatę.
— Gdzieś przepadł? — zagadnął go żywo przyjaciel.
— Błądziłem po lesie! — odrzekł z uśmiechem. — Miałem niezwykłe spotkanie!
— Spotkanie? podchwyciła panna Wanda — z niewiastą?
— Niestety, z mężczyzną! Sądziłem z początku, że bandyta, ale później okazało się, iż to spokojny myśliwy...
— A jak wyglądał? — nagle rzuciła zapytanie pani Kińska, a Denowi, który ją obserwował nieznacznie, wydało się, że niepokój zadźwięczał w jej głosie.

— Wysoki, barczysty... Ma dużą rudą brodę...

70