Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Upiorny dom.djvu/96

Ta strona została uwierzytelniona.

— Co, u barona statki? — zawołała zdumiona panna Lola, a Den uśmiechnął się z zadowoleniem, gdyż podsłuchane słowa całkowicie potwierdzały poprzednie przypuszczenia.
— Nastojaszcze złodziejskie narzędzia! — z przejęciem potwierdziła Irma. — Znam się chyba na tem... Więc zaczynam się śmiać i pytam Kirsta — skąd to u ciebie się bierze?
— A on?
— Zrobił się czerwony, ślepia zabłysły, niczem u wilka, kombinuję, chwila jeszcze a rzuci się na mnie... Ale nie... Uspokoił się... Wmawia, żem się pomyliła i pilniki przyjęła za statki... Później łapie forsy huk, tka do ręki, każe iść do domu... Wtedy nie wytrzymałam, rozbeczałam się na głos... Słuchaj, powiadam, nie chcę twoich pieniędzy, ja naprawdę cię kocham, żebyś był najgorszy bandzior, psem ci będę, oddaną niewolnicą... Ty mnie się nie lękaj i nie graj komedji!... Obojeśmy z jednej gliny!... Prędzej mi ręce i nogi obetną, nim sypnę przed kimkolwiek...
— Uwierzył?

— Uwierzył i od tej pory stał się dla mnie całkiem inny. I fasonu się wyzbył i przestał zacinać zagranicznym akcentem... Ale sekretny został do końca... Czasem chciałam z niego wyciągnąć co z przeszłości, albo co zamierza robić dalej... On nic... Powiada, nie pytaj, przyjdzie czas wszystkiego się dowiesz... Widzę, żeś przywiązana do mnie dziewczyna, wyjedziemy, zabiorę cię z sobą... Teraz zaczekaj... Tydzień, dwa, zakończę moje sprawy w Warszawie i zwieję, bo zaczyna być

90