Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo III.djvu/395

Ta strona została skorygowana.

Nazwali go Kaluchem świętym. I odtąd to nie wolno było zwać ich Syrojidami — największe to bluźnierstwo! I najwięcej strzegli odtąd jeden drugiego, nawet śledzili się wzajemnie, by który nie zjadł czegoś surowego. Przezwali się tedy: Kaluchowiery albo Wierni. A swój gród nazwali Kaluchogrodem. Jak u chrześcijan niedziela, tak u nich święto, raz w tygodniu ustanowione na środę — a to na cześć środka — brzucha. W ten dzień zabroniono parować się, aby obrazy nie było Hospodu Kaluchowi, że coś innego nadeń się przenosi.
Lecz nabożeństwo ich jednakowo ohydne jak wszystko. Chcieli uczcić siebie samych tą wiarą. Tymczasem jeden rozdrapywał drugiego na cześć Bożucha, aż żółta krew sikała przed bałwanem. Potem już trochę zmienili obrzędy: klepali się i chlastali po pyskach jakby u nas na weselu kto strzelał na wiwat. Bo u nich im kto bardziej kogo zhańbi i splugawi, tym większa radość dla Bożucha.
Zapewne! trudno, ciężko nawet mozolnie było dla nich nauczyć się czegoś ludzkiego. Cóż dopiero czegoś ponad moc i rozum człowieka. Toteż uczyli się zawsze w jarzmie, na smyczach, zawsze pod ciężką niewolą i przemocą.
— I dziwne to i niepojęte — wzdychał Dmytro — i niby to uczłowieczyć się chcieli i mieli się za coś więcej od ludzi, a byli coraz ohydniejsi.
— A tak — tłumaczył Drondiek — budowali wszystko na durnej pysze, na strachu, na niewoli...
— Ale czy są jeszcze Syrojidy, Drondieku — przerwano im z tłumu — co się z nimi stało, czy uczłowieczyli się, czy sczarcieli do reszty? Co przekazał Kudil?
Drondiek nie upierał się.
— No to opowiem do końca, ale chyba w krótkości, bo świt niedaleko.
Było dobrze po północy, ale jeszcze daleko do świtu. Szron kładł się na pola, od tego jaśniało trochę. Wzmagał się przewiew i dym z waternika raźniej uchodził przez podniesienie dachu. Jak huki i potoki szumiały z dala zabawy weselne. Drondiek kończył opowieść o Kudilu.