Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/122

Ta strona została skorygowana.

dziłem się z krzykiem. „Co tobie, synku?“ pyta matka. „Czort mnie ciągnie do polityki“, a ojciec z półsnu: „Tyś sam czort, nie dość za dnia bieda, jeszcze noc niespokojna.“ „Zostaw go, Nykoło, prosi matka, jemu z tej jaworzanki brzuch wzdęty, polityka go rozsadza.“ Ojciec już nic nie mówił. — No i cóż z tego? Nie ten czort, którego malują. Co ja bym robił bez panów? Pan mi płaci, ja mu robię. Ja zadowolony z pana, pan ze mnie, boby mnie nie trzymał ani koło haci ani w młynie. Pan ma swoje chaty, ja swoją i dzieci swoje. Do moich dzieci nikt nie ma prawa, do szkoły ich nie poślę, zgarbaciałyby w ławkach, zdurniałyby na amen. Jeśli panom potrzebna służba różna, jakaś taka uczona w szkole, niechaj sobie płacą szkołę, będą mieli. Do takiej służby ja dzieci nie mam. Do lasu, do młyna — tak. Teraz wszystko jest jak kto zechce, swoboda, nie żadna polityka.
Dym pochłaniał i wygryzał wszystko: zapachy starych kożuchów, co ważniejsze nowych jeszcze nie wywietrzonych z łoju, a także lepką woń starego masła, wydzielającą się z włosów, od święta zbyt obficie wymaszczonych. Także polityka wsiąkała w słodki dym, jej piętna, jej karby na twarzach, jej zapędy i niechęci bijące z oczu. W dymie nikogo nie można wziąć na cel, polityka na nic. Pozostawały słowa, co chwila buchała watra, przygłuszając je.
Wszyscy oczekiwali, co powie dziedzic. Długo wycierał oczy łzawiące od dymu, odezwał się niechętnie:
— Mój Mykieto, to trochę inaczej. Rada państwa, to znaczy deputaci wszystkich krajów, wybrani przez wszystkie narody Monarchii, uchwalili, że wszędzie mają być szkoły, że wszystkie dzieci mają chodzić do szkoły, inaczej rodzice zapłacą karę.
Mykieta prostował się na stołku. Walcząc z dudnieniem watry podniósł głos nadmiernie:
— Któż do dzieci moich ma prawo? To nie może być, to polityka! I wy na to przystajecie, panie?
— Przystaję czy nie przystaję, to ustawa, prawo. Zrozumcie! Przyjdźcie kiedyś do mnie, to wam przeczytam ustawę.
Matijko Zełenczuk, podjadłszy sobie, był znów na swojej półce. Pytał stropiony:
— Jakżeż to, panie? To nie z ochoty szkoła? Z musu? Nie dla oświaty? Niesprawiedliwy patent, musi być rekurs.
— Ależ nie patent żaden — tłumaczył dziedzic prawie żałośnie — powiadam wam, ustawa dobrowolnie uchwalona przez