Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/168

Ta strona została skorygowana.

tek dla wdów i sierot, dziesięć dałem zaraz po pogrzebie, a potem jeszcze sześć. I dwadzieścia cztery służby Boże w siedmiu parafiach, jedna w Pistyniu w łacińskim kościele. A tu jeszcze krzyż nakazał ojciec kupić do ormiańskiego kościoła w Kutach. Aby nie byli gniewni ormiańscy święci, że nasi na darabach całym towarzystwem z ich watażkiem Dmytrem Wasylukowym napadali na Kuty. To w porządku. Ojciec pilnował rewaszy do cotu. Mnie też uczył od dziecka. Przecie jest tu jeszcze coś, także dług: dziesięć skór niedźwiedzich dla kniazia z Krzyworówni, aby się kniaź nie gniewał. Ojciec złoty człowiek, sprawiedliwy także ale gorączka, a kniaź nic nie winien. Ojciec tylko raz jeden zakarbował samowolnie na jeden bok tylko. Z tego śmiech jego wysechł. Naprawić chciał, a za późno. Za późno, no i ten rewasz nie zamknięty. Ja nie sędzia, nie, ale to nie rewasz. O tym jest jeszcze osobna deszczułka. — I znów na końcu rewasza znak stary, słonkowy dług, aby się za słońcem obracać.
Maksym westchnął cicho, przerwał, patrzył na ziemię. Wzdychanie rozsypało się i rozwiało zaraz, bo tymczasem podczas przerwy wsypało się na łąkę sporo nowych osób, które w ukryciu czekały na stosowną chwilę. Pośpiesznie szedł krokiem tanecznym w białym płóciennym ubraniu, z kożuszkiem starannie złożonym przez ramię, Słowak z Bereżnicy, badając Maksyma marząco kpiącym wzrokiem. Za nim stąpał smukły, żylasty Slipeńczuk z Krzyworówni, dostatecznie, nawet wszechstronnie uzbrojony, ciągnąc żonę, otyłą pulchną blondynkę w odmiennym stanie. Przepędził ich rój młodzieży z trzeciej chaty, rozprysnęli się błyskawicznie, migiem siedli na trawie. W ostatniej chwili jeszcze kilka starszych par z trzeciej chaty przyczłapało niezdecydowanie. Wołano je stąd, stamtąd, rozglądali się, jak krowa na nowe obłoki. Maksym czekał, ktoś syknął, ospali goście przysiedli tam, gdzie stali. Zasiała się nowa cisza, nabożna, nieco trwożliwa. Foka usiadł na krześle za Tanasijem. Maksym wziął nową tablicę jaworową, czystą, bez żadnych ozdób a gładziutką, jakby ją dopiero co ociosano.
— To mój własny rewasz. Tu po lewej stronie dwie kluczki kręte, dwa pytania — potem je odprostowałem. Jedna kluczka kiedy ożeniłem się, druga kiedy żona umarła. Za młodu chciałem się żenić z inną dziewczyną, cichą niemrawą jak ja sam. Spotykaliśmy się na carynce, oboje z owcami, patrzyliśmy jedno na drugie jak te owce. Martwiliśmy się i tyle. Ojciec mówi: „Nie! To niedobra para, kiedy zanadto do siebie podobni.“ Wy-