Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/181

Ta strona została skorygowana.

— Ojciec miał siostrę młodziutką urodziwą. Nazywała się Marijka. Czarniutka tak jak Foka, lice białe jak śnieg. Od małego chyża, wesoła, szczęśliwa. Uganiała po carynkach, hałakała, szczebiotała. Od małego przezwali ją „jaskółka“. I tak została jaskółką. Co za dziewczę! Pływała po rzece jak chłopiec. Dorosła już, a jeszcze skakała ze skały do wody. Ojciec ją wstydził, że taka duża dziewka goliznę pokazuje, ale nie zakazywał, wszystkiemu rad. Dorosła już, a bawiła się z dzieciakami w biłyczkę. W mig wdrapie się na drzewo, na sam czubek. Jakich z dziesięciu malców, niby to koty osaczają ją. Lezą za nią na drzewo, ona wierzchołek drzewa rozhuśta, skoczy na drugie, oni tam za nią się drapią, ona już na trzecim i dalej. Potem brała się do chłopczyńskich sztuk i do chłopskich. Dopędzała konia, wskakiwała w biegu. I bardką ciskała i rohatyną, strzelała do szyszek, potem do zwierzyny. Ojciec rozpuszczał dziewczynę bez miary: „Jaskółeczko, moja ptacho“ i lubił się nią chwalić. W tym rzecz. Dawniej u nas — czasem jeszcze teraz — jedno dychanie dowierzało drugiemu. Dzieciaki z niedźwiadkami po maliniakach bawiły się w chowanki. Foszkały jedne na drugie. Niektórzy mówią, że to z głupoty. Ja mówię, że nie. Jaskółka całkiem niegłupia, a kiedy kto zaszedł do nas, znajomy czy nieznajomy, cieszyła się, jakby nie wiem jakie szczęście. Powiadają znów inni, że to po rachmańsku. Rachmanowie patrzą na wskroś, widzą od razu co najlepsze, dowierzają wszelkiemu stworzeniu. Cóż? Z tym paniczem chyba tak samo? Jaskółka ucieszyła się nim od razu. I to by może nic, ale zaczął ojciec Mariczkę razem z panami na polowania ciągać. Któż to widział kiedy? I panicz mało pomału do Jaskółki się przylepił. Niby to na żart. Każe ją przebierać w swoje szmatki na panicza, potem każe sługom mączyć jej lice. I mówi: „Oj jaka śliczna! boska!“ Takie słowo wypuścił z gęby głuptas do dziewczyny, sam słyszałem! Ojciec kwaśniał trochę, ale nie pokazywał, śmiał się: „Niech tam. To gość, i tak się wnet zabierze.“ I gość zabrał się bardzo prędko, ani nikt się nie spostrzegł — razem z Jaskółką. Uciekli. Dawni ludzie dobrzy byli, ufni. Ale kiedy który rozgorzał, zafurczał, to jakby zajął się las latem. Rozbuchał się ojciec, wali do kniazia. Ja za nim, bo kto wie co z tego będzie. Z panami był zawsze na równo, czasem z góry. Bo to watażko Szumej, z Wasylukowego junactwa! Oni nawet z cesarzem to jednali się, to wojowali, jak im wyszło. Przybiega do kniazia, ręki nie podaje, z miejsca krzyczy: „Panie, ja z wami jak pobratym,