Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/223

Ta strona została skorygowana.

— Nic nie mam naprzeciw, za to go najbardziej nie lubię. Rewasz jego sprawiedliwy, do błota nosa nie zanurzy, bo pan. Ale po co on się tak śpieszy? Niech biedny Żyd ze strachu się śpieszy! Taki stary nieszczęśnik jak ja niech się śpieszy. Uciekam, póki mogę przed dolą, z jawy do snu, a od snu znów do jawy. A pan co? Świat przebędzie? Nie lubię!
Śmiech rozszerzał się przy każdym słowie Tanasija.
— Maksyma Szumeja lubicie, to widać — powiedział dziedzic.
— Nie lubię, bo chciałbym być taki jak on, a nigdy nie będę. Odrobinkę lubię, bo dzięki Bogu on nie taki pohany jak ja.
— Ależ Fokę lubicie?
— Znam go od dziecka, jak moje cielątka, cóż ja czort jakiś, abym cieląt nie lubił?
— A dzieci wasze lubicie.
— Gadaj z wami, to sztuka, to cud. To bogacze, setki krów trzymają za ogony, wszyscy ich nienawidzą, któż na Boga ma lubić moje dzieci? Takie to lubienie...
— Gawecia lubicie.
— To sierota, popatrzcie na niego. I niech mi inny tak zagra na skrzypkach, to zaraz — Nie dokuczajcie już, nikogo nie lubię.
— Duwyda lubicie.
— Lubiłbym go bardzo, bo także z cyrku, ale nie lubię, bo Żyd...
Poperecznyk podskoczył z ławy.
— Tanasiju, dopiero co na Wielkanoc koło cerkwi mówiliście, że nie ma lepszych od Żydów, sam słyszałem.
— Czyż ja wieszczun jestem, abym już na Wielkanoc wiedział, co powiem na Jurija?
Foka poparł Poperecznyka:
— Tak, tak, nieraz słyszy się od was: niech będzie Żyd, mnie to nic nie szkodzi.
— Mnie nie szkodzi, może pomaga, sobie szkodzi. Żyd nigdy nie wie, że durny, myśli, że najmądrzejszy, musi to pokazać. Sam z cyrku, a cyrk psuje. Nie lubię.
Śmiech falował coraz żywiej, ludzie wstali, skupiali się obok Tanasija, wyzywali go na żarty, trudno było zrozumieć i odpowiedzieć. Foka przebił się gromkim głosem przez gwar.
— Tanaseńku, cóż wy tak czarno? Wspominacie nieraz tych