Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/33

Ta strona została skorygowana.

nij się.“ „Tak, tak, może być, prawda — dziwuje się Oberszt — u was same czary, przemalowane i już.“ Wracali płaikiem do chaty, a tam w jarze na dnie kobyła się podpasa. Niska, brzuchata, nogi grają jak cymbały, piersi ze skały, głowa sucha, czoło jak słońce, grzywa — cud świata! Dymucha się zwała. Z moją Myszą od jednej matki. Oberszt wytrzeszczył oczy: „A to co, Pawle?“ „Co ma być, widzisz, główna kobyła, Dymucha.“ „Taki pobratym z ciebie, nic mi o niej nie mówisz?“ Pawło śmieje się chytrze: „Ty co chcesz, panie Oberszt, abym przed przyjacielem żonę rozbierał?“ Klepią się obaj z Pawłem, Oberszt też śmieje się. „Tyś za chytry, Pawle, klacz nie żona, sam wiesz. Kupić nie kupię, ale pożycz nam tej końskiej żony na trzy, niech będzie na dwa lata do Łuczyny. Płacę rocznie ile chcesz. Cóż ci to szkodzi, że i ja będę miał konie?“ Pawło pożyczyć pożyczył, ale co przyjdzie latem na połoninę, albo jesienią oboczami, zawoła głośno: „Nie ma mojej Dymuchy! Czort przyniósł tych panów, niech zdechną!“ Zmartwił się zanadto, kazał Żydom z Kosowa na koniach po dwie baryłki wódki miesięcznie przywozić dla pociechy. Oberszt dowiedział się jakoś, przyprowadził mu kobyłę na wiosnę. Miał sumienie. Człowiek był. I dlatego ma dobre konie w Łuczynie — zakończył Tanasij z tryumfem.
Ludzie i konie kiwali głowami, tylko bluźnierczy chichot, jadący wierzchem ujawnił się nagle. Oto gość z Hryniawy, Nykoła Purszega, przezwany powszechnie Poperecznyk, zapytał głośno, tłumiąc śmiech z trudem:
— Koń koniem, a cóż ma do sumienia?
— Któż jak nie koń — oburzył się Tanasij. — Kto nas tu zaniósł w góry? Kto nas do grobu zaniesie? Kto nas uniesie w puszcze, kiedy przyjdą Syrojidy? Z konia nie ma mleka ani mięsa. Taki co doi konia, to Syrojid, to pół-czort. Taki co końskie mięso je — równy ludożercom, cały czort. Koń to człowiecze ciało, dusza, głowa i nogi. Obraz bez ramy rozleci się, człowiek bez konia rozklei się jak łajno.
Znów lekki chichot posypał się z siodła. Tanasij zakrzykiwał go tym głośniej:
— Konia skrzywdzić łatwiej niż dziecko i największy grzech. Widzisz co ma do sumienia! Za to poczekaj! Przed końcem świata na koniach zafurkoczą różne duchy, aby sądzić takich jak my. W Liście z Nieba stoi to najwyraźniej — obwieścił Tanasij głosem kaznodziei. — Ludzie i konie kiwali głowami cierpliwie.