Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/38

Ta strona została skorygowana.

Zastęp chrzcinowy ustawił się w rząd na dolnym kraju łąki. Czekano w milczeniu.
Znad chaty, z lasu doleciało wyraźne stukanie żonwy: „puk-puk“. I jeszcze: „puk-puk-puk“. I zaraz potem rześką fletnią zew ptaka: „zbudź się las! zbudź się las!“
Nad orszakiem konnym w falistych podrywach przeleciał budziciel lasu, czerwono-zielony ptak, by szukać miejsca na gniazdo, z którego widać ziele siły męskiej, ziele płodności.
Znak był dobry. W górze otworzono worinie: wytoczył się pochód wiosenny. Rogata chudoba sypała się z zagrody ku otwartej carynce, ku watrom. W przestronnej zieleni tonęły miękkie kroki. Z zieleni wykwiecały się w ruchu barwy czerwone, białe, różowe, sine i ciemne. Barwy zwierząt i strojów. W wymiona zieleni zanurzały się różowe pyski zwierzęce. Dmuchały, wąchały, smakowały mlecza wiotkich traw. Wiały ciepłe oddechy, wstawały opary z ciał. Spędzone z traw sypały się roje motyli: żółte, białe, tęczowe. Wzlatywały ponad watry.
Zieleń toczyła się bez przeszkód szeroko, bezkreśnie. Gorejące watry tryskały. Między zielenią rodzenia a płomienistą czerwienią spalania mieniły się barwy.
Czerwień watry stopiła się w dym i popiół. Tłusty dym z wielkich źródeł ognia zgęszczał się w tęgie prącia grzybowe, zwielokrotniał je łuk nad łukiem, sklepiał w dachy świątynne. Pod nimi rozgałęział się niebiesko lecz przyziemnie to w sine kosodrzewy, w burzany kudłate, to w paprocie, misternie cieniowane a wzniesione, jak wyrosłe wprost spod ziemi uroczyste dłonie bogomodlnych kadzideł, to w stronę odwrotną, w widłaki kosmate, uparcie świdrujące korzeniami ziemię. Na nowo skłębiał się z watry w białe bryły baniaste, zasłony nabrzmiałe wymionami. Z nich wyrywały się piersiaste dziewki dymowe, zarumienione porywem watry, ulatywały w wyuzdanych tańcach, rozhuśtując wstążki-zakrętasy. Nieco dalej od watry dym chłodniał, trzeźwiał, opadał zmarniały, strzępami pełzał po ziemi.
Przecedzał, wygryzał, oczyszczał. A cieniuchną błoną spowijał wszystkie barwy w twarz żywą.
I już wstawało, wskrzeszone powrotnym wołaniem kukułki, upragnione widmo — „Jest czy nie ma?“ — z grobów cała miłość niezastąpiona, z narodzin i kołysek nadzieja niespełniona: W dymowej zadumie uśmiechnięte — szczęśliwie czy szyderczo — lice wiosny.