Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/412

Ta strona została skorygowana.

Tanasij zamilkł, i tłum milczał. Duwyd zatoczył się, załamał ręce, jęknął:
— Co powiedzieć to źle. Ładne zakończenie!
Poperecznyk bawił się nadal:
— Koniec świata delorny! Fudor gotów do strzału — pan rozbrojony.
— Czego się czepiacie — kpił znów ożywiony Duwyd. — Fudor prosto od Dobosza, to honor junacki, gdzieżby on strzelał! Jego nie ma, sama strzelba z krzaków strzela.
Tanasij odzyskał ochoczość. Panując nad sobą, obwieszczał wyraźnie, uparcie:
— Dobosz mądry junak zabronił strzelać z zasadzki do routy. A Fudor celuje prosto do kryminału, któż nie wie. Lubię go, ale to darmo. Zafasuje dziesiątki roków, zmięknie, sam przyjdzie jednać się z panem.
Poperecznyk urągał:
— I to ma być prawnuk Doboszowy, opryszek?
Tanasij pouczał spokojnie:
— Od rzeczy mówisz, Nykoło. Opryszek rzuca ojcowiznę, nawet tuhę swoją zdepce, niech nie skomli. Dlatego im więcej ich męczyli, tym byli zuchwalsi.
— A Fudor nie taki? — dopytywał się Poperecznyk.
— Cóż to za opryszek, zbójaga prosty, chytry aż durny, na pewniaka liczy, że ten świat podły. W kryminale z tuhy zawyje, i pan go na palec nawinie. I któż więcej ma honoru do stracenia? Wspomniecie Tanasija.



2

Dziedzic nie wiedząc sam co czynić z sobą, coraz pośpieszniej krążył wokół konia. Przystanął nagle, słuchał. Wycedził półgłosem:
— Ale cóż tymczasem pomyśli sobie mój stary Ihnat? Fudor przezywa go pańskim psem, a jego pan go nie obroni.
— Nie szczujcie psa na psa — twardo przybił Tanasij — bo oba pokąsają.
Poperecznyk kręcił się w tłumie jak w swoim żywiole. Podśmiewając się bez żółci, rozniecał wesołość:
— Koniec świata, koniec świata.
Jaśniało, i Tanasij odzyskiwał napastliwość. Wplatając w grzywę kobyły palce jak szpony, zjeżdżał Poperecznyka: