Strona:Stanisław Vincenz - Na wysokiej połoninie Pasmo II Księga II.djvu/556

Ta strona została skorygowana.

brakło takich, co mu byli przeciwni. Ci narzekali, że psuje handel, że umyślnie sprzedaje kupcom z Kosowa bydło za tanio, po prostu pół darmo. Zdaje się, że i to także robił na przekór. Narzekał jak zawsze, wyśmiewał jak zawsze, a uwijał się jeszcze bardziej niż dawniej. Jakąż siłę do pracy miał ten stary! Zamęczał hodowańców, zamęczał najmitów, a kto z rodziny się trafił, to jeszcze gorzej. Pozwalał co prawda służbie zapraszać pomocników na tołoki, urządzał im zabawy, tańczył razem z nimi, a jedzenia brać mogli sobie kiedy chcieli i ile chcieli. Narzekali po cichu, ale żaden z nich nie odchodził i nowi lepili się doń, przychodzili aż z dołów. Tanasij rozumiał to dobrze i mawiał tak: „Gospodarstwo powinno być takie, aby wszystko co żyje doń się garnęło. Aby po lasach sława hukała pomiędzy dziką żywociną: «Chodźmy do niego, tam życie.» Do Boga kiedyś tak samo pchać się będą ludzie, cóż, kiedy za późno.“
Kiedy wówczas po raz ostatni wstąpiłem do niego, tak się ucieszył, jakby nie było większego szczęścia. Miałem niejedno do załatwienia w Żabiem i w Bereżnicy aż na samej górze. Mówię mu to od razu, a on na to: „Siadaj, synku, choć na chwilkę, zaraz cię puszczę.“ Biegał do komory coraz prędzej, znosił co niemiara, potem rozkrzyczał się na całe obejście jak gdyby do pożaru: „Andrijkowy chłopiec przyszedł, rzućcie wszystko! Chodźcie wszyscy tutaj.“ Od razu zbiegli się wszyscy, kto był z rodziny, a także hodowańcy i najmici. Od razu kłopot dla mnie, bo mnie śpieszno, a tu jeden za drugim przypija, zatrzymuje, odmówić nie wypada. Proszę tylko Tanasija raz jeszcze na rozum o łaskę, aby mnie zwolnił prędko, bo mam na głowie to i tamto. A on w krzyk: „Widzisz co za przeklęty kraj, szczęścia w nim nie ma. Gdzie indziej byłbyś i we wsi i w sklepach, i znów u mnie, a potem w domu zawczasu. A tutaj wszystko daleko, nigdzie nie nabędziesz się, kiwasz się tylko na koniu od świtu do północy i nieraz jeszcze w deszcz. Ciągle sam, a potem tygodniami gnijesz w chacie, zasypany śniegiem, jak niedźwiedź w gaurze. To dziw, że jeszcze nie wywieszali się jeden po drugim. Najwyższy czas.“
Odpowiedziałem mu na moją biedę: „To właśnie szczęście, że człowiek może sobie uciec tak daleko, nikt go nie dogoni i ma spokój.“ Wtedy zadumał się i tak mi powiada smutno jakoś: „Uciec? Od kogo? Pewno od nudziarzy. A kto najnieznośniejszy nudziarz? Taki stary jak ja. Już wiem, idź sobie. Zabieraj się!“ — „Przysięgam, Tanaseńku, że przeciw wam nic