Strona:Stary Kościół Miechowski.djvu/142

Ta strona została przepisana.

Stąd więc kłaniają w am się tysiączne łan kłosy,
Tamstąd szczery opiekun ramiony silnemi,

285 
Las was tuli do łona. Gdy i niebo swemi

Pięknościami nad Worpiem mile się uśmiecha,
Którychż jeszcze rozkoszy chciałaby twa strzecha?
A gdy zadrży głos dźwięczny dzwonów z naszej wieży,
Słusznieć wam do pacierza samo serce bieży.

290 
Ale gdy niebo mroczne, płacze w deszczu, stęka.

Gdy w piorunach świat gore, w grzmotach niebo pęka,
Gdy umrzą łąki, drzewa, a śniegów ciężary
Okryją ziemię, lasy, jak pokropem mary,
A domek, jak zaklęty zamek, otoczony

295 
Zewsząd groblą, a chodnik, stokroć doświadczony

Przewodnik w gaj, w sąsiedztwo, jakby zniknął z oczu;
Gdy noc, snać, nie ma końca, a dzień śpi w pomroczu,
Dodajmy i nieszczęścia, chorobę, konanie, —
Tedyćbym nad las wolał najlichsze mieszkanie

300 
U nas we wsi, śród ludzi. Czy tak, szwagrze bracie?”


Tu śmiejąc się, rzekł Wypler: „Walku, tak gadacie,
Jakie w głowie pojęcie o tych rzeczach macie.
Co Bóg stworzył, to piękne z tej i z owej strony!
Mnie jest las w zimie, w lecie, mój dom ulubiony,

305 
Mój przyjaciel, kaznodziej, wzór życia i cnoty.

Wy wiejscy w nim te tylko widzicie przymioty,
Które każdy spostrzega; słyszycie, co gada
Publicznie. Zaś tajemnic skarby opowiada
Tylko swym przyjaciołom. Ja oprócz kościoła

310 
Nie znam miejsca milszego, śpieszę jak w ul pszczoła,

Jako dziecię do domu, by się w nim znów schować,
Tu żyć Bogu, żyć sobie, modlić się, pracować.
Tu nie znam waszych wiejskich z sąsiadem gorzkości;
Wzajemna mnie z drzewami miłość od młodości