Strona:Stefan-Żeromski-Miedzymorze.djvu/059

Ta strona została uwierzytelniona.

morskie cielęta, foki o krótkich kielcach, skoro do swej dawnej bezpiecznej przystani docierały, żeby się na słońcu wylegiwać.
Zabijał je niespodzianym pociskiem swojej straszliwej procy kamiennej.
Opijał się wówczas ich tłuszczem, okrywał swą nagość ich piękną, lśniącą skórą i pożerał ich mięso uprażone na ogniu.
W dobie letniej nie mogły zaspokoić jego głodu ryby, które w falach ledwie — słonych na Małem Morzu widywał, gdy się na dnie i u brzegów przewijały.
Najprzedziwniejsze, rozkosznie piękne ich kształty, przerozmaite ich postaci, wznoszenie się samochcąc i tajemnicze opadanie, krążenie w toni, skoki nagłe, rzuty i nieruchome w miejscu trwanie na podobieństwo kani w niebie, — ich poloty, wykręty, krygi i tańce były dlań niedosięgłe, wskutek braku odpowiedniego narzędzia napaści.
Żyły tedy i barwiły się przed jego chciwemi oczyma w Małem Morzu — ostrożny i płochliwy okuń, tłusty karp, jazgarz, sandacz, ukleja, dążąca w maju ku brzegom, miętus śliski i nie dający się dłonią ująć, karaś, pląsająca płoć, minog rzeczny, leszcz, lin, piskorz, sum, zbój wodny szczupak i piękna brzona, czyli sieja.
Po drugiej stronie wyspy przypływały w wielkich falach majowych śledzie, w marcu i na jesieni szły ku brzegom łososie, a w zimie sielawki.
Tuliły do przeczystego dna swą brodawkowatą powierzchnię czworakie rodzaje płastugów — bańtki, czyli małe fląderki, stornie, czyli znaczne