Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/102

Ta strona została przepisana.


nież i wyprawił był już kilkunastu parobków do właściwej kamery. W ogóle jednak pragnął spokoju i końca wszelakich awantur. Jak wszyscy, — miał podziw i żywił zabobonny pietyzm dla «wielkiego» Napoleona, ale miał także dla niego głuchy i nierozważający żal ojcowski... Z imieniem Cesarza Francuzów związana była w imaginacyi starca ściśle i mocno pamięć o synu zginionym. W gorzkim smutku swoim, w żałobie, która go nieraz obejmowała nagle pośród wesołej gawędki, albo w toku myśli codziennych, — usiłował niejednokrotnie zobaczyć mogiłę drogiego dziecka i z boleścią docierał zawsze myślami do wspólnej jamy, gdzie wwalono kupę zabitych chłopów i jego, potomka odwiecznego rodu rycerzy. Wtedy po zimnem, wystygłem obliczu spadały dwie, trzy łzy, zaiste krwawe...
Gdy tak siedział przed ogniem, melancholia wiała nań z każdego końca pokoju. Czuł, że zbliża się do niego żal bezlitośny i że niedługo nóż swój zbójecki podniesie. Wstał z krzesła i, pragnąc jako rozbić gorzkie myśli, wyszedł do sąsiedniego pokoju. Za dawnych, weselszych czasów śniadano tam i obiadowano. Był to salon długi i dosyć wąski. Środek jego zajmował ogromny stół, przy którym mogło ucztować kilkadziesiąt osób. Na ścianach wisiały portrety przodków. Były tam płótna zczerniałe, na których ledwo było widać figury tak twarde i sztywne, jakby były drewnianemi kłodami, pookręcanemi w karmazynowe i żółte stroje; były jakieś monstra z twarzami niby kobiet, zaopatrzone w przedziwne fioki, były brzuchate postacie o wielkich, czerwonych gębach i obwisłych policzkach, były wreszcie wizerunki ludzi nadzwyczajnie pięknych. Na ścianie