Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/103

Ta strona została przepisana.


dobrze oświetlonej wisiał portret rycerza w zbroi, malowany tak wybornie, że ta wielka osoba zdawała się z ram wychodzić. Ciężki, żelazny pancerz był dla tego husarza strojem, wdzianym dla parady. Była to raczej odzież, którą wielkie ramiona i szerokie piersi do swego kształtu i na swą potrzebę urobiły. Tęga ręka, wysunięta naprzód, wspierała się na ułamanem drzewcu, surowa twarz spoglądała nie na widza, lecz dokądś nad jego głową... Na ścianie przeciwległej wisiał portret pana Opadzkiego i jego nieboszczki żony. Obadwa te płótna malował swego czasu Lampi. Stała tam piękna kobieta z łonem prawie odkrytem, zapatrzona w dal z udanem rozmarzeniem. Trzymała w ręku niezwiązany bukiet kwiatów. Obok siedział pan, wesoły i niedbały. Ciemny, jakby złotawy koloryt leżał i na jego twarzy ogolonej, na prześlicznych, miękich, wydelikaconych policzkach i na czole alabastrowo białem. Pan Opadzki począł chodzić w zamyśleniu dokoła stołu powolnymi krokami starca. Posadzka zcicha skrzypiała pod stopami, nikły cień osoby przeciągał się po ścianach. Okna tego pokoju wychodziły na ogród. Stały w nim drzewa bezlistne, ponure w swem obnażeniu, i jakby spuchnięte od dżdżów wiosennych. Na drogach, w głębi parku, w dalekiej przestrzeni rozściełała się przed oczyma starca rozbita pustka, w którą młot śmiertelnych przeczuć uderzał i wszystkę rozkosz życia, jak próchno wysypał. Pan Opadzki odwrócił wzrok i z westchnieniem spojrzał na portret żony. Przez chwilę patrzał na ten wizerunek niezupełnie podobny, ale oddający wiernie miniony nastrój, jakby pogrzebane marzenia i tę namiętność, która już przed laty zginęła.