Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/105

Ta strona została przepisana.


— Panie, powiem dużą nowinę, ale dostanę tamten pas jedwabny...
— Nic nie dostaniesz, ośle jeden, a nowinę schowaj sobie w kieszeń i idź za drzwi. Co mi ty powiesz? To, że Pulut przylazł?...
Franuś aż usta otwarł ze zdumienia.
— A jegomość skąd wie?
— Wiem i cała rzecz. Byłeś na Budach?
— Byłem — a jakże! Tam tak wre, co zachowaj Boże!
— Co wre?
— No — co wre? Chamstwo wre w karczmie.
— Czegóż oni znowu? Chrzciny?
— Nie chrzciny, tylko ratione tego Puluta. Jechałem sobie na szkapsku od Kostrzewna, aż tu, patrzę, idą jakieś dwa czupiraki. Wziąłem ich na oko i doczekałem, aż zawinęli do Berka. Skoczyłem tam, kobyłę zostawiłem u węgla i wlazłem do alkierza. Tamem se usiadł i wysłuchałem, co gadali. Jakem przyszedł, to już się ściskali cała kompania koligacyi. Panie! co on tam gadał ten obieżyświat... Pasya mię rwała, żeby złapać harap do garści, zedrzeć mu ze łba to czapczysko i zagnać draba do wyrzucania gnoju, alem się bał.
— Bałeś się? — zapytał pan Opadzki z dziwnym błyskiem w oczach.
— A bałem się. Chociaż oni są już emeryty i kaleki, idą wprost ze szpitala w Tokarach, chociaż stary nie ma łapy, a ten młodszy, obcy, przez całą zimę chorował na krwawą biegunkę, alem się bał.