Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/106

Ta strona została przepisana.


Jeszcze by ten Napolion wrócił tu ku nam i kazał mi łeb uciąć. Mnie licho po tem z takim zaczynać?
— Co mi tam pleciesz! — przerwał mu znagła dziedzic. — Właź oto na koń, jedź mi jeszcze raz na Budy, schowaj się w alkierzu, czy jak sobie tam chcesz, tylko mi przywoź rychło wiadomość, co i jak. Skąd i co zacz jest ten drugi — to chcę wiedzieć detalicznie. Dokładnie sobie zakonotuj dicta podłe, jeśliby się na nie ważyli, i wracaj żywo.
Franuś pociągnął na sobie pasika, uderzył się harapem po cholewach i wyszedł, a pan Opadzki kazał prosić do stołu. Obiadowano nie w wielkiej sali jadalnej, lecz na końcu dworu w wąskiej izbie, sąsiadującej z alkierzami rezydentów i pokojami wdowy. Gdy stary pan wszedł do tej jadalni, wszyscy tam już byli zgromadzeni i witali go niskimi ukłonami. Pod oknem siedziała wdowa, dumna, chora na zęby, nic nie mówiąca do nikogo i wiekuiście rozdąsana; na szarym końcu trzymało się na brzeżkach krzesełek, pooznaczanych specyalnemi insygniami, kilku starych niedołęgów, z bojaźnią śledzących z pod oka ruchy i miny dziedzica. Pan Opadzki mruknął kilka słów na powitanie, do każdej z osób zwrócił się z jakiemś uprzejmem słowem, usiadł i zaczął szybko chlipać polewkę. Dania przynoszono z kuchni, leżącej na drugim końcu wielkiego dziedzińca, to też obiad trwał zawsze niezmiernie długo. Sługusy zaczęły właśnie obnosić czwartą potrawę, kiedy za ścianami dworu dał się słyszeć głośny tętent, bryzgi rozprysłego błota padły aż na szyby okien i w tumanie pary Franuś osadził przed gankiem spienionego konia.