Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/109

Ta strona została przepisana.


— Cham, jaśnie panie, zawsze jest psia dusza... — rzekł Maciejowic, jeden z najstarszych mieszczan.
— Nie, ale cóż ja mam począć, pytam was się?...
— A cóż my, jaśnie panie?... My za sprawiedliwością... — rzekł ktoś z tłumu.
— I ja takie. Sam wyroku dawać nie chcę, aby nie powiedziano, że w gniewie sądzę. Pan justicyarynsz uciekł... kogóż ja mam wziąć, jako arbitra. Was wzywam, obywatele, was, dawny Urząd Radziecki. Jest tu Stępień, jest Opałka, jest Szczepański, Mądrasik... Przecie oni w Urzędzie zasiadali, dekrety ferowali i na prawie się znają.
Tłum poruszył się żywo. Głęboka, wielka radość odbiła się rumieńcami na twarzach starych mieszczan.
— Sprawiedliwie jaśnie pan mówi — rzekł Opałka. Siadałem, jako ławnik w starej Radzie. Nasze prawo mańdeburskie je świętobliwe. Jak Zimna Zimną — tu obywatele sądzili wedle Saxonu, aby się złe i niegodziwe kryminały kajały, występki surowie potępiali dla rozgromienia wszelakiego złodziejstwa.
Ręce starego mieszczanina trzęsły się gorączkowo, w oczach płonął entuzyazm, w głosie drgała nuta błagalna. Dreszcz uniesienia przejmował tłum cały.
Błysnęła im nadzieja twardego sądzenia, dzierżenia władzy i dostojeństw, które byli przed laty stracili.
— A więc wybierzcie zpomiędzy siebie Urząd Radziecki — rzekł pan na Zimnej głosem cichszym, jakby zebranym sekret powierzał. Ja każę aresztować Puluta i tego drugiego.