Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/33

Ta strona została przepisana.




I.

Skoro świt, a nim grube mroki pobladły w dolinie, stukano do drzwi mieszkania, zajętego w gospodzie zum Bär na kwaterę dowódcy. Gudin zepchnął w tej chwili nogą pierzynę, wyskoczył z łóżka i rozebrany poszedł drzwi otworzyć. Stanęło w nich i zwolna weszło do izby kilku oficerów w kostyumach, narzuconych niedbale, oraz sierżant jednej z kompanii trzeciego batalionu. Generał wlazł na wysokie posłanie łóżka, usiadł w kuczki i zwrócił się do sierżanta, który, wyprężony jak struna, zginał kark, żeby nie uszkodzić pompona przy kapeluszu, zawadzającego o stragarz powały niskiego pokoju.
— No i jakże, byłeś? — zapytał, wycierając oczy.
— Byłem, obywatelu generale, z sześcioma ludźmi. Gdzie się rzeka zakręca...
— Co rzeka! Widziałeś ich? — zawołał porywczo i z niepokojem.
— Zdaleka...
— Któż to był? Szyldwachy?
— Widzieliśmy szyldwachów, ale także i regularnych.
— Gdzież oni byli?