Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/35

Ta strona została przepisana.


W grupie oficerów przemknął się szept bardzo cichy. Generał zwolna podniósł głowę i zmierzył okiem pełnem nienawiści kapitana, stojącego we framudze drugiego okna.
— Czy pozwolisz mi, obywatelu generale, zadać sierżantowi kilka pytań? — rzekł ten oficer ze spokojnym uśmiechem, w którym zamknięte było jadowite szyderstwo.
— Uprzejmie proszę... — rzekł Gudin.
— A więc to prawdą jest, co powiadają, — zwrócił się kapitan do sierżanta, — że, stojąc na Grimsel, nieprzyjaciel zasypałby nas nie bermycami, ale stosami kamieni? Że byłby w możności nędznie zatłuc nas, wdzierających się pod górę, jak niegdyś chłopi ze Szwycu zgruchotali przodków tych białych Austryaków pod Näfels, z taką wszakże różnicą, że my szlibyśmy na górę pewni nietylko śmierci, ale także hańby naszego geniuszu... Râteau! — rzekł kapitan głośniej. — Ty wiesz, że ja się nie boję...
— Słyszałem, obywatelu Le Gras, że pragniesz zadać sierżantowi jakieś tam pytanie... — rzekł Gudin.
— Tak. Pragnę mu zadać kilka pytań. Jak długo szliście od miejsca, gdzie się dolina zwęża — do jezior?
— Szliśmy — rzekł sierżant — chyba ze trzy godziny.
— Jaka jest na tej przestrzeni szerokość doliny?
— Ze ścieżki, po której szliśmy, dorzucałem w najszerszych miejscach kamieniem do drugiej ściany wąwozu, a prawie wszędzie cały spód jego zajmuje rzeka.
— Wszak prawda, że w pewnych miejscach ścieżka idzie na wysokości kilkuset metrów?