Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/44

Ta strona została przepisana.


Dowódca zobaczył przed sobą mężczyznę wielkiego wzrostu z rękoma i stopami kolosalnych rozmiarów. Rudawy zarost okrywał policzki tego chłopa aż prawie do samych powiek, dawno niestrzyżone włosy sterczały na jego wielkiej głowie, jak pęki trzciny. Duże, łagodne, siwe oczy spoglądały na dowódcę ciekawie, oczy potomka Normanów, którzy, według legendy, przyszli ze Skandynawii, osiedli w Haslithal i zbudowali jej małe mieściny. Fahner miał na sobie podarty kusy spencerek, brudną koszulę i krótkie zgrzebne spodnie. Na nogach miał trepy wystrugane z drzewa, bez przyszwy, podbite szeregiem ćwieków z ogromnymi łbami a przywiązane do stopy sznurkami.
— Czy jest droga stąd na Grimsel, oprócz idącej w głębi doliny? — zapytał Gudin.
— Droga?... Nie, drogi niema.
— A wszakże mówiłeś, że przejść można?
— Przejść można — odpowiedział Fabner. — Tak, przejść można.
— Gdzież jest to przejście?
— Tam... — rzekł chłop, wysuwając się naprzód i wskazując najbliższy szczyt po lewej ręce od Gutannen. Ażeby zobaczyć tę drogę, wszyscy musieli zadrzeć głowy.
— Czy sądzisz, że tamtędy może przejść cała nasza kolumna?
— Czy może? Cała kolumna? Dlaczegożby nie mogła przejść cała kolumna? Dobrze mówię: cała kolumna... Tam przejdzie każdy, kto zna drogę. Kto nie zna i kto jest słaby — ten idzie dołem, a później obok jezior. Komu pilno do Realp, do Hospenthal, albo do