Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/45

Ta strona została przepisana.


Andermatt, taki idzie przez tę wysoką drogę. Kto zna miejsce, bo kto jest słaby w rękach albo w nogach...
— A ty znasz ją, obywatelu?
— Czy ja znam tę drogę? No tak, ja ją znam, tę drogę. Ja tam chodzę, jak każdy inny w Hasli. Teraz śniegi już zeszły, lawiny w tem miejscu się nie trafiają. Dlaczegóż? przejść można, kto zna drogę i kto jest silny... Od wodospadu pójdzie się na lewo do Gelmersee...
— Czy z Grimsel nie dostrzegą nas, gdybyśmy szli tamtędy?
— Z Grimsel? Czy dostrzegą? Jakże to można zahaczyć takiego, co idzie górami? Nie, nie dostrzegą z Grimsel...
Generał zamyślił się i, nie spojrzawszy już na Fahnera, odszedł do swej kwatery. Niebawem kazał sobie podać konia.
Wówczas już oddziały wojska tłoczyły się w opłotkach, zdążając na południe od Gutannen w górę Aaru. Dwa bataliony szły w nieładzie z nad rzeki ku drodze wprost przez łąkę, wbijając w ziemię wyhodowane trawy i maleńkie działki żyta, które dnia tego 14 sierpnia, stało jeszcze niedojrzałe. Na łąkach i na podcieniu górskiem leżał mrok głęboki, ale już granatowy. Wyżej był rozkoszny, ciemny błękit, przez który przebijały się odprysłe promienie i padały na ukos od szczytów niezmiernych krzesanic Nägelisgrätli aż do północnego końca szerokiej doliny. Te drżące, półjasne smugi podobne były do strun jakiejś niezmiernej liry. Same czuby turni stały już w ogniu słonecznym. Lasy u podnóża gór, ledwo w mroku widzialne, siklawy, jak białe nitki snujące się między skałami, dziwne barwy i szerokie