Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/49

Ta strona została przepisana.


— Będziecie tam wypoczywali — mówił — dopóki nie przybędę. Mam nadzieję, że zdołam powrócić zanim wszyscy dojdziecie do owego jeziora.
Dwie kompanie uszykowały się i dwójkami poczęły wstępować na ścieżkę. Gudin ze swymi adjutantami wjechał między tłum żołnierzy i posuwał się zwolna. Wkrótce półbatalion znikł w lesie świerkowym, w ostatnim lesie, za którym dalej gdzieniegdzie czepiały się tylko karłowate olszyny i kosodrzewina. Między szczytami Nägelisgrätli strzelały już promienie słońca na przeciwlegle wyżyny. Wielkie, świetliste place blasku skoczyły na czarne pole granitów, na dzikie krzesanice, gdzie już tylko gdzieniegdzie żółty mech połyskuje. Zwolna to światło przybliżało się do rzeki, objęło las świerkowy, wynalazło w nim i zatliło wszystkie krople rosy, wypędziło barwy granatowe rozpostarło inne pełne odmian i cieniów. Za lasem ukazała się w słońcu szybko maszerująca kolumna, podobna z oddalenia do wielkiej piły, która się wrzyna w bok góry. Pióra na kapeluszu Gudina połyskiwały, i każdy ruch jego głowy widać było doskonale. Le Gras, stojąc przed frontem swej kompanii, tłumaczył żołnierzom, w jaki sposób wykonany będzie atak na Niemców. Starzy grenadyerowie, którzy z niejednego już pieca chleb jedli, pojęli go natychmiast i dopytywali się o drobne szczegóły. Młodzi zasięgali iuformacyi od wyjadaczów, i z osłupieniem szukali oczyma owej drogi na gładkich ścianach górskiego łańcucha. Byli to ludzie z rozmaitych stron Francyi: z pod Pirenejów i z pod Ardenów, Bretończycy i Normandowie, górale i chłopi z równin.
— A wy tam pojmujecie, o co rzecz idzie? —