Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/50

Ta strona została przepisana.


zapytał Le Gras dwóch żołnierzy, nadzwyczaj ciekawie przysłuchujących się temu, co mówił.
Oui, je comprends..! oui — rzekł jeden z nich, wskazując ręką na góry. L’ennemi là, — nous là! Après nous l’ennemi... z tyłu za łeb i kolanem go ścierwę! Vous comprenez? Cały szereg prędkich, gwałtownych i plastycznych ruchów ilustrował doskonale odpowiedź starego żołnierza i zrozumiany został wybornie przez wszystkich.
— To to, tak właśnie! — mówił kapitan ze śmiechem.
— Ty rozumiesz, co gadał?... — zwrócił się ten stary żołnierz do młodszego kolegi, z którym przed chwilą rozmawiał.
— Coś miarkuję, ale jak to to ma być, tego nie mogę...
— Tak, widzisz, będzie. Twoje szwaby siedzą na tamtej górze, co stoi napoprzek — prawda?
— No, juścić prawda.
— Jakby my do nich szli dołem, toby nas przecie kamieniami zafrygały. Tak gadał Legra — i sprawiedliwie. Tak, widzisz bracie, ten stary świcer z Gutanowa, co go Legra wczoraj zajął, ma pokazać drogę niby tędy, miarkujesz?
— A i gdzież tu tędy przejdzie, ogłupieliście? — zaperzył się młody. — To ta i wy rozumiecie, co gadają! Jakże by to wlazł, na takie mury?
— To już nie moja głowa. Mówią, że wlezie. Jakeś stąd patrzał, to się widziało, że żeneral i te dwie kompanie, co z nim poszły, że mówię idą po gładkiej ścianie, jak mucha po szybie, a ona tam przecie jest dróżka — i niezła. Wiesz tera?