Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/58

Ta strona została przepisana.


się niemal wlokły po śniegu. Chrzęst pod nogami bryłek lodowatych, szelest marszu całego wojska, szczęk broni — zamknięte między dwiema ścianami i ciągle się o nie tłukące — podsycały energię ruchów. Wszyscy zapomnieli o tem, że idą po raptownem uciętem zboczu, i każdy całego siebie kładł w chód towarzyski, w koniec zność dotrzymania kroku. Zwarta masa tych ludzi zgiętych podawała się naprzód stale i równo, jak jedno ruchome ciało.
Wdarłszy się o jakie trzysta metrów wyżej, spostrzeżono, że śnieg twardnieje, staje się suchym, sypkim i że czuć pod nim warstwę nieruchomą. I samo przejście zwężało się coraz bardziej. W pewnem miejscu była tam jakby platforma pochyła, na której mogła zgromadzić się i zmieścić cała kolumna. Pozwolono nieopatrznie żołnierzom przystanąć i spojrzeć za siebie. Ujrzawszy tę spadzistość gwałtowną bez żadnego czarnego punktu, na którym oko mogłoby się wesprzeć, tę białą, gładką, śliską równinę, a u podnóża jej czarną szybę wody — żołnierze zaczęli siadać na śniegu, czepiać się rozpaczliwie rękami za poły frakowe towarzyszów, odwracać się plecami, zamykać oczy. Tu i ówdzie słychać było krzyk bezmyślny, a w pewnym szeregu żołnierz blady, jak trup płakał głośno, trzęsąc się na całem ciele i sięgając rękoma do tej właśnie przepaści. Ażeby ratować się z przykrej sytuacyi oficerowie jęli przynaglać strwożonych do wstępowania wyżej, ale te ich zamiary powstrzymał przewodnik.
— Tu musimy chwilę odpocząć — wołał ze swego wyższego miejsca — musimy zebrać siły, bo teraz wstępujemy na lody.
Skoro wyraz lody obił się o uszy żołnierzy, po-