Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/61

Ta strona została przepisana.


sunęła po zboczu lodowca, wydając przeraźliwy szelest — csuuu... Wtedy zdawało się wszystkim, że lód wysoko trzaska, i że cała jego masa leci. Prawie wszyscy rachowali stopnie, ale nikt nie mógł zdać sobie sprawy, jak długo już idą. Słońce wychyliło się z za czarnego szczytu i zalało przejście potopem gorąca. Zaraz też z góry sączyć się poczęły maleńkie kaskady, zalewając stopaje, i, jak złe pijawki, szczypały nogi przechodniów zimnem śmiertelnem. U czucie kostnienia w stopach jeszcze bardziej potęgowało ból pod kolanami.
— Co czynić, jeśli kto ma mdłości? — nagle zapytano z szeregów. Okrzyk ten, powtórzony przez kilku kapralów, sierżantów i oficerów doszedł do uszu przewodnika.
— Kogo nudzi, niechaj się zaraz kładzie piersiami na lodzie i niech wziewa zimno.
Zapytania umilkły, ale wnet dały się słyszeć jęki, przekleństwa i gwar niespokojny.
— Nie oglądać się, to nie będzie mdłości! — zawołał Fahner głosem ochrypłym, rąbiąc bez przerwy z niesłabnącą energią. Zbliżył się już do skały, leżącej na środku tego przejścia. Był to głaz spiczasty. Czarna masa kamienia ściągała promienie słoneczne i odparzyła dokoła siebie głęboką kotlinę. Rozkruszone i na miał rozmyte części tej bryły dosyć grubą warstwą błota ściekały od jej stóp na dół po czystym lodzie, jak ropa żywej rany. Fahner, dosięgnąwszy tego miejsca, musiał zgarnąć błoto, usuwające się pod nogą, i naprzód ubijać grunt swymi trepami, zanim tam stanął odważnie. Ale w tem oparzelisku, pochylonem tak bardzo, strach było stawać na zmurszałych kamieniach, poszedł tedy na