Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/67

Ta strona została przepisana.


grimselskie, które Gudin widział rano z oddali. Płonęły tam ogniki i złotymi słupami odbijały się w czarnej wodzie. Całe urwiste zbocze góry od strony Hasli zajęte było przez oddziały wojsk austryackich. Po drugiej stronie Aaru płonęły również ogniska.na wysokość drogi do Gutannen, rozpalone przez dwie kompanie francuskie, które sumiennie tropiły nieprzyjaciela i udawały wielki oddział. Na szczycie Grimsel przy jeziorze Todtensee była tylko mała gromadka żołnierzy i sporo starszyzny.
Gudin, objąwszy wzrokiem całą tę pozycyę, począł mówić szeptem:
— Co czynić? Czy napadamy? Wszyscy mimowoli zwrócili spojrzenia na Labruyèra i Le Gras’a, właściwych kierowników wyprawy.
— Co do mnie — rzekł Labruyère ze zwykłą oziębłością — to sądzę, że nie należy dziś napadać dla dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że Austryacy znajdują się teraz na stronie Hasli, więc, napadając, zepchniemy ich do jezior Grimsel. To nas zmusi do ścigania po nocy w tym kierunku, dokąd wcale iść nie mamy, bo my przecie musimy brać Urseren i zapewne pomagać Thurreau w Villais, wypierając Austryaków stąd, z górnego końca doliny Rodanu. Powtóre — nasz żołnierz upada, musi odpocząć i zjeść. Nic nie jedli...
— Tem lepiej! Pójdą ochotnie jeść do obozu pludrów. A my cóż im damy?
— Ośmielę się podzielać zdanie podpułkownika — szeptał siwiejący kapitan Mottet — jeszcze z tego względu, że wywołanie bitwy o tej porze zgubi nasze kompanie, zostawione w dolinie. Nie wiedząc o co chodzi, napadnięci przez całą masę Austryaków, będą stawiali opór