Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/69

Ta strona została przepisana.


W tyle, od strony zachodniej wznosiły się spiczaste wyżyny, ciskając na wodę trójkąty swych cienów. Te cienie sunęły prędko, nakrywały kirem złote blaski i wkrótce rozpostarły się nad całą przełęczą. Gudin milczał, przyznając tym sposobem słuszność swym doradcom. Żołnierze wydobywali z tornistrów kawałki chleba, wytrząsali z kieszeni okruchy, pomieszane z tytuniem, i posilali się, stojąc, w oczekiwaniu dalszych rozkazów. Nie wiedzieli wcale, że nieprzyjaciel jest tak blizko, aczkolwiek, patrząc na ruchy i słysząc narady oficerów, domyślali się, że kres pochodu jest niedaleki. Nogi zmarznięte, poobwijane w przemokłe onuczki, drętwiały im w zimnie, co z nastaniem mroku, jak dech przeszywający, ziało na nich z lodowca. Strumyczki i kałuże, rozlane na jego powierzchni, stanęły już były i zmarzły.
Szare mgły, jak widma, wynurzały się zewsząd i osiadały nad górami. W gęstym, a przecie widzialnym zmierzchu czepiały się wzroku tylko potrzaskane płyty, gnaty, żebra i szczerby lodów w wąskiej ich kaskadzie pod Furką. Stamtąd dolatywał czasami szum Rodanu.
— A więc nocujemy tutaj? — zapytał Gudin, budząc się z zadumy.
— Jeżeli rozkazujesz, obywatelu... — rzekł ktoś z pomiędzy oficerów.
— Każcież żołnierstwu siadać i grzać się, jak kto potrafi, bo ognia palić nie możemy.
— O, ani mowy o tem! — rzekł Labruyère.
Wprowadzono kompanie na morenę i pozwolono im rozłożyć się obozem. Oświadczenie, że ognia palić nie można, powitano głuchem szemraniem. Ludzie siedli