Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/72

Ta strona została przepisana.


młotkiem w końce sztabki żelaza. Le Gras rozmyślał o tych surowych szelestach, o tem schowanem życiu lodowca. Widział w marzeniu, jak tam, niezmiernie głęboko, kryształy lodu, niby dyamenty rżną twarde kamienie, jak niezmiernie pracowicie przez całe wieki szlifują granit, drążą otwory, żłobią rowy i jak cały ten lodowiec przez wieki idzie. Opór chropawych granitów i praca lodów — zdejmowały go dziwną litością. Wiekuiste prace istot i ciał nieznanych, żelazne prawa krwi i żelaza — układały się przed jego oczyma w dziwne smutne orszaki i widowiska...
Z tych marzeń obudził go przejmujący głos Gudina:
— Mottet! Garcia-Piles! Lantennac! Le Gras!
Kapitan wydobył się z pomiędzy żołnierzy i podszedł do generała.
— Czy nic wiesz, kapitanie, która to godzina? — zapytał Gudin, szczękając zębami i mamląc wyrazy podziecięcemu.
— Nie, nie wiem, ale wydaje mi się, że musi już być znacznie po północku.
— Czy spałeś obywatelu?
— Nie.
— Wszak w tamtej stronie jest wschód.
— Wschód? Tak, sądzę, że jest w tej stronie — odpowiedział Le Gras, wskazując na Urseren.
Z lodowca wiało zimno tak przeszywające, że kapitan serdecznie pożałował kadłubów żołnierskich. Stojąc na otwartem wzniesieniu, czuł zarazem, że jest wśród mgieł, przeciągających z szybkością.
— Le Gras! — rzekł Gudin — czy spostrzegasz te góry tam daleko, czy je widzisz?