Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/76

Ta strona została przepisana.


zanim zdążył myśli zebrać i wystrzelić. O kilkadziesiąt kroków spotkano drugiego. Ten był tyłem od biegnących zwrócony, a szedł wolno przed siebie. Zginął, nie dostrzegłszy, skąd nań śmierć przyszła. Gdy te dwa bataliony francuskie dosięgły drugiego krańca przełęczy i oparły się o skaliste wyniosłości, łańcuchem idące w stronę Finsteraarhornu, oficerowie zaczęli rozsuwać kompanie, zajmować przestrzeń już zdobytą i tym porządkiem osaczać Austryaków półkolem, niby włokiem, którego matnię stanowił oddział Gudina. Promienie słońca coraz natarczywiej i głębiej wnikały między mgły, pędzące nad przełęczą, więc skoro tylko Gudin zobaczył pierwszych żołnierzy cofającego się łańcucha, porwał za szpadę i na całej linii gruchnęły bębny.
Wrzask przeraźliwy przerwał ciszę i Francuzi, jak lawina, runęli w obóz austryacki. Zaledwie wpadli do kotliny Jeziora Todtensee, zobaczyli przed sobą tłum ludzi wylękłych, bezbronnych i na pół ubranych. Twarze Austryaków były bielsze od ich mundurów. Niektórzy podnosili się dopiero ze snu i oparci na rękach przyjmowali śmierć z ręki wroga, spadającego na nich, jak gdyby z obłoków. Bataliony, uszykowane nieco dalej, chwytały za karabiny i, nie będąc w stanie przebić się zza tłumu bezbronnych, wstrzymywały jego ucieczkę, na rzeż go wydając. Francuzi rżnęli bez miłosierdzia. Zwaliwszy na ziemię pierwsze szeregi, stawali śród trupów i z okrutną wprawą kłuli ludzi, zasłaniających się wrzaskiem i gołemi rękami. Niektórzy odwracali karabiny i, chwyciwszy za bagnet i lufę, walili w masę głów kolbą i kurkiem, niby maczugą. Szerzyło to istne spu-