Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/81

Ta strona została przepisana.


ów flejtuch, ranę wodą przepłukał i zaczął oglądać się za szmatami. Wpadły mu w oczy namioty oficerskie. Skoczył tam co żywo i znalazł w pierwszym z brzegu tłomoczek z cienką bieliznę. Zabrał cały, przy sposobności rozbił obcasem wykwintną szkatułkę, której nie mógł na prędce otworzyć, znajdujące się tam flakony, szczotki srebrne, grzebienie i kubki wpakował w zanadrze i wnet wrócił do rannego. Podarł przyniesione koszule na długie pasy, jeszcze raz wychlustał wodą krwawiący się otwór i mocno całe ramię obandażował. Wlał bezprzytomnemu w usta zawartość płaskiej flaszki wina znalezionej również w oficerskiem puzderku, wytarł mu twarz i zaczął potrząsać nim, szepcząc z rubaszną czułością
— Felek, ty się patrzaj!... Musimy iść, bo tu pludry zara przylecą. Felek! dy my tu siedzieć nie będziemy. Otwieraj oczy — mówię!
Ranny istotnie zaczął głęboko wdychać powietrze, ale oczy jego wciąż jeszcze nic nie widziały. Matus oparł jego głowę na kamieniu i twarz mu nastawił pod słońce, a sam jeszcze raz obszedł namioty. Zabrał z nieb wszystko, co było do jedzenia i picia, wrócił do towarzysza, usiadł przy nim i zaczął szybko jeść, a właściwie ćpać, co było pod ręką: chleb, jak kość suchy, obgryzione kawałki pieczonej kury, duże skiby sera szwajcarskiego... Siedząc tak na ziemi i pożywiając się, prędkiemi wejrzeniami obejmował pobojowisko. Cały pas nagiego gruntu między górami i u brzegu jeziora jęczał i płakał. Tu i ówdzie wśród kamieni coś się poruszało. Dźwigały się plecy, wznosiły roztrzaskane głowy, ręce, i usta nadaremnie wzywały pomocy. Krew strugami płynęła do jeziora i wielkie jej plamy owalne