Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/82

Ta strona została przepisana.


rdzawiły się u brzegów na granatowej wodzie. Ciepłe rzeźwe, wesołe wietrzyki, nasycone wonią ziół alpejskich, leciały zza Furki, zza Gothardu, z dolin włoskich, zpod ciepłych niebios i jak zwykle, popychały drobne fale do zwilżania ździebeł karłowatych trawek na brzegach. Tu i owdzie wypływały na powierzchnię wody rozdęte trupy i zaraz znikały w ciemnej głębinie pośrodku jeziora. U płytkiego brzegu fale, kołysząc się, odsłaniały twarze, czoła, głowy, ręce, trzymające się kamieni, nogi, stulone w boleści, ramiona skurczone wśród grozy przedśmiertnej. Jeszcze bliżej ludzie zabici i utopieni leżeli kupami tak wielkiemi, że fale, przybijając do brzegu, chlupały między nimi, jak w karbach i lochach wysokiego brzegu.
Gdy Matus ukończył swój posiłek, od szczytów Nägelisgrätli wychyliło się kilku ludzi. Zbliżali się ostrożnie do krawędzi przełęczy i zaglądali w dół ku jeziorom grimselskim. Byli to felczerzy francuscy z chirurgiem pułkowym na czele. Jeden z nieb wstąpił na wydatny kamień, przyklęknął na nim i spojrzał na wał najbliższy. Matus przypatrywał się właśnie tym ludziom, rachując, że mu pomogą w opatrzeniu towarzysza, kiedy nagle felczer, stojący na kamieniu, plackiem upadł na ziemię, zsunął się w zagłębienie i pędem zaczął umykać w stronę Furki. Wszyscy jego koledzy uczynili to samo. Tuż za kamiennym wałem słychać było gwar zbliżających się oddziałów austryackich, które pod naciskiem bojaźni opuszczały znakomitą pozycyę i wciąż szły dalej. Matus nie miał chwili czasu do stracenia. Wzywał felczerów znakami, ukazywał im rannego, ale tamci mignęli się tylko w przelocie i po-